Ze śniegu zrobiła się breja, która prawdopodobnie przymarznie w studniówkowy wieczór (ta sobota). W związku z tym balem, szkoła wygląda jak śmietnik połączony z malarskim atelier.
Kuleczki styropianu przyczepiają się do ubrań i włosów, a spodnie mam brudne od białej farby. I nie wiem jak to zrobiła K., że nie pobrudziła swojej czarnej sukienki nawet kropelką jakiejkolwiek mazi z pigmentem w składzie. Piłki elektryczne, wiertarki bezprzewodowe, 400 metrów sznurka i szmaty* poszły w ruch.
Absorbuje nas, uczniów pewnego LO, nie tylko wystrojenie szkoły na imprezę, ale jakby nie było, zachowanie naszej wychowawczyni*. Bo wybić się trzeba; nie można, jak nakazuje tradycja starego LO, zatańczyć poloneza normalnie: "nie będę latać po całej szkole!" (czyli zejdzie tylko o jedno piętro, a nie jak cała społeczność szkolna 3 kondygnacje w dół, 3 kondygnacje w górę***). I wyjdzie przed północą, bo jej nikt za to nie płaci. Co więcej,o 23:30! Bo nikt jej nie płaci za niedzielę, więc całą niedzielę chce być w domu. Ja to naprawdę rozumiem, też cenię swój wony czas. Tylko w takim razie, czemu nie oddała nas innemu nauczycielowi, skoro nie odpowiada jej poświęcenie, jakie wiąże się z wychowawstwem? Nie wiem, jak wyglądają relacje wychowawcy-dyrekcja, ale zawsze jest jakieś wyjście.
Bo człowiek musi tylko jedno - umrzeć.****
Ida
*
szmaty - oficjalnie nazywane tkaninami, zakrywające brzydkie miejsca w szkole(czyli większość), które chyba już dawno wymagały remontu (wymagały, teraz uznały, że im obojętnie i pogodziły się ze swoim losem)
**aby tradycji stało się zadość
***i to połowa osób na szpilkach (po śliskich schodach), których ona prawdopodobnie nie założy
****200. lat wszystkim