poniedziałek, 5 września 2011

241 dni do matury...

Te kilka dni września szybko minęły, a jakby było mało, że muszę chodzić do szkoły to jeszcze się przeziębiłam. Cały weekend wyjęty z życiorysu:(

Na szczęście są takie momenty w ciągu dnia, dzięki którym łatwiej jest przebrnąć przez trudy nauki (i nie jest tu mowa o małym piwie, na które moi koledzy chodzą na długich przerwach). Kiedy nauczycielka mówi o sobie, że jest osłem komputerowym i w nowym elektronicznym dzienniku nie będzie wpisywać spóźnień albo fizyk zgubił swój plan i cieszy się, ze przynajmniej dobrze mu się wydawało, że idzie na 8:50 to napięcie w klasie jest jakby mniejsze:)
W mojej klasie, na lekcjach polskiego nikt się nie dziwi, gdy lekcja przeplatana jest różnego rodzaju uwagami. O dziwo w tym roku, moja koleżanka wybierająca się na prawo nie usłyszała jeszcze, że nadaje się tylko na panią podającą kawę w kancelarii prawniczej. Za to inna dowiedziała się dzisiaj, że jest za wrażliwa do pracy w korporacji gdzie "siedzi 30 bab i sobie dupę obrabia". Takie życie...
Na jutro pierwszy "SPICZ"* więc "luknę moim ajsem"** , bo co jak co ale angielskiego uczyć się muszę przez co przepada mi teatr telewizji:(


Bon nuit!***







*wyrafinowana forma opowiadania tekstu, której się wszyscy boją i która zazwyczaj podnosi nam oceny
**bo moja wychowawczyni mówi po rosyjsku, angielsku i w ESPERANTO!
***Bo wszyscy kochamy francuski zwłaszcza gdy przychodzimy na lekcje i nie wiemy, że przerabialiśmy już kiedykolwiek passé composé!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz